Przez świat
|
||
Archiwum2006PolskaTurcja Syria Jordania Izrael Jordania II Egipt Syria II Turcja II Gruzja Nepal Indie Pakistan Indie II Nepal II Indie III 2007MyanmarTajlandia Malezja Singapur Indonezja AktualneTajlandia Photo Księga gości |
6 Maja 2007Kochani anonimowi czytelnicy, przemili znajomi, wreszcie droga rodzino! Zawiało nas do Indonezji. Blog powstaje, zdjęcia się robią, komary gryzą. Jedziemy na Papue, po drodze inne wyspy. Przez pewien czas postów nie będzie. Pozdrawiam! 10 - 21 Marca 2007Na Penang przesiedzieliśmy 10 dni wypełnionych lenistwem. W tym samym czasie przebywał tam także nasz dobry znajomy, towarzysz kilku górskich treków z Pakistanu, Zdenek. Jechał on nieco odmienną trasą niż my, i bardzo cieszyliśmy się z tego spotkania. On także „utknął” na tej malezyjskiej wyspie w oczekiwaniu na lot do Nowej Zelandii. Jego podróż w zasadzie się kończy, bo na antypodach ma zamiar pracować. Ale jak go znam, to najpierw objedzie wyspy, a dopiero potem zajmie się zarabianiem pieniędzy, o ile w ogóle. Główne miasto na Penang, czyli Georgetown nie zrobiło na mnie jakiegoś większego wrażenia. Jest na pewno ciekawe, bo jak cała Malezja bardzo wymieszane etnicznie. Najwięcej mieszka tutaj ludzi pochodzenia chińskiego. Sporo jest też hindusów, z których większość przybyła z Tamil Nadu. Gdybym przyjechał tutaj prosto z Polski to może i wydawałoby mi się ono nieco egzotyczne, ale teraz nie mogę powiedzieć, żebym takie odniósł wrażenie. Jezus Chrystus z tektury. W ofercie sklepu również Sziwa. Miasto założone zostało przez angielskiego kapitana zatrudnionego przez Kompanię Wschodnioindyjską w 1786 roku. Miało być przyczółkiem handlowym do ekonomicznego podboju Półwyspu Malajskiego. Trochę pozostało tutaj z tego okresu zabudowań, ale są one w opłakanym stanie. Sporo kręci się tutaj turystów. Atmosfera w mieście jest raczej senna i niewiele się tutaj chyba dzieje. My spędziliśmy sporo czasu w Air Itam korzystając z tego, że mieliśmy do dyspozycji mieszkanie Ciprilli. Mieliśmy okazję pomieszkać w blokowisku. Nasz budynek otoczony był jeszcze kilkoma podobnymi wielopiętrowymi monstrami. Pomiędzy budynkami znajdował się bazarek żywnościowy, czyli mnóstwo knajpek wszelkiej maści. Klientelą tych miejsc są mieszkańcy bloków, którym nie chce się gotować, lub tak jak my, nie posiadają kuchni. Zresztą nie wiem, czy w Malezji gotowanie się w ogóle opłaca. Ceny produktów w supermarketach są bardzo wysokie w porównaniu do gotowego jedzenia, jakie można kupić na ulicy. W naszym budynku na dole znajdowała się knajpa indyjska prowadzona przez kolesia z Tamil Nadu. Z przyjemnością zjadaliśmy idliki na śniadania i paroty na kolację. I kokosowe sosiki. Wyspę Penang objechaliśmy na skuterze w zasadzie w jeden dzień. Nie jest ona zbyt wielka, ale za to trochę górzysta i w sumie ładna. Nie znaleźliśmy jednak żadnych fajnych plaż. Resztę czasu po prostu leniuchowaliśmy snując dalsze plany. 9 - 10 Marca 2007Z Bangkoku do Georgetown, czyli miasta na wyspie Penang w Malezji, jest nieco ponad 1200km. Postanowiliśmy przebyć je stopem. Właściwie to wydało nam się całkowicie normalne, że nie będziemy jechać autobusem czy też pociągiem, ale po prostu staniemy na drodze i jakoś to będzie. Przez ostatni miesiąc cały czas tak robiliśmy. Z Bangkoku wydostaliśmy się autobusem do miejscowości Samut Songkhram. Zajęło nam to prawie trzy godziny. Potem kilkoma samochodami dostaliśmy się do miejsca Hua Hin. Następne 200km przebyliśmy ciężarówką, która wlokła się niemiłosiernie. W pewnym momencie kierowca zajechał na parking obok przydrożnej knajpy i zakomunikował nam na migi, że planuje się teraz dwie godziny zdrzemnąć. Chociaż spać nam się również niemiłosiernie chciało, w największy upał, czyli około godziny drugiej po południu, stanęliśmy znowu na rozgrzanym asfalcie i wystawiliśmy rękę w błagalnym prawie geście. Jak zwykle w Tajlandii długo nie musieliśmy czekać, chociaż w tym miejscu samochody jechały z prędkością ponad 120 km/h i naprawdę nie był to idealny punkt do zatrzymywania stopa. Na pace pickupa przebyliśmy kolejne 200 km i kiedy wysieliśmy na rozdrożu dróg pora była już dosyć późna i zaczynało się zmierzchać. Zatrzymaliśmy jeszcze dwa samochody, z których jeden jechał w naszym kierunku, ale intuicja podpowiedziała nam, żeby z tymi kolesiami jednak nie jechać. Czasem warto sobie odpuścić widząc kaprawe mordy i zlepione potem kłaki gości, którzy cwaniackim tekstem pytają się gdzie nas zawieść. Otóż panowie nigdzie nie mogą nas zawieść. Wybieramy stanie na drodze. Potem zatrzymała się para ludzi stanowiąca całkowite przeciwieństwo owych lumpów i zaoferowała nam nocleg w swoim domu. Grzecznie, jakkolwiek z ciężkim sercem, odmówiliśmy wybierając duszne wnętrze naszego namiotu, bo mieszkali oni w wiosce znacznie oddalonej od trasy, co oznaczało, że rano raczej byśmy się na niej nie znaleźli. Kolejny jednak raz wielkie brawa dla tajskiej gościnności. Tak czy inaczej wykonaliśmy mniej więcej plan, czyli pokonaliśmy ponad 700km. Namiocik rozbiliśmy sobie wśród palm nieopodal jakiegoś wielkiego zakładu pracy, do którego przez długi czas po zmroku zajeżdżały wyjące potępieńczo silnikami, i uniemożliwiające nam przez to spanie, ciężarówki. Kiedy przestały w końcu hałasować kimało się całkiem nieźle, aczkolwiek stoczyliśmy mała batalię z natrętnymi mrówkami, a dodatkowo przez całą noc słyszeliśmy kakofoniczny koncert pasikoników, czy też innych cykad, a co jakiś czas z parasola liści palmowych wiszących nad nami spadał na namiot z niezłym łoskotem owad rozmiarów małego ptaka. Obudziliśmy się tuż przed świtem i po zwinięciu obozu, ku uciesze i zdumieniu robotników idących do pracy, wynurzyliśmy się spośród palm. Na pobliskiej stacji benzynowej wzięliśmy darmowy prysznic i kupiliśmy kawę. Wyszliśmy na drogę i ledwo po wypiciu pysznie w tej sytuacji smakującej neski, zatrzymaliśmy ciężarówkę jadącą aż do granicy malezyjskiej. Jechało się powoli, ale nieustannie. Komfort też był niczego sobie, bo do dyspozycji była kanapa z tyłu kabiny, na której drzemaliśmy na zmianę. Klimatyzacja działała i następne 5 godzin spędziliśmy komfortowo, gadając na migi o pierdołach z kierowcą. Granicę przeszliśmy na piechotę nie budząc większego zainteresowania oglądającego w TV kickboxing pogranicznika tajskiego. W sklepie wolnocłowym zakupiliśmy po flaszce whisky i czekoladę i tak „zaopatrzeni” weszliśmy do Malezji. Witamy w Malezji (fot.Agnieszka) Trzymiesięczną darmową wizę wbito nam do paszportu bez zbędnych pytań i absolutnie nikt się nie zainteresował naszymi plecakami. Żadnej kontroli nie było. W Malezji najpierw wyjęliśmy trochę kasy z bankomatu, a potem w niesamowity upał ruszyliśmy w kierunku trasy do Butterworth, zatrzymując po drodze wszystkie przejeżdżające pojazdy. Daleki nie zaszliśmy, bo zatrzymał się wypasiony jeep. Kierowca zablokował ruch uliczny zatrzymując się w miejscu, gdzie nie było żadnego pobocza. Załadowaliśmy się do środka nie bardzo wiedząc, dokąd jedzie. Kierunek się mniej więcej zgadzał. Po kilku minutach rozmowy okazało się, że jedzie właśnie do Butterworth. Znowu mieliśmy więc dużo szczęścia. Trzy godziny później Tej, bo tak się nazywał nasz nowy malezyjski znajomy, nadkładając drogi podrzucił nas na przystań promową, skąd popłynęliśmy na wyspę Penang, do miasta Georgetown. Na pożegnanie zaprosił nas do swojego miasta w stanie Johor, nieopodal Malaki. Obiecywał darmowy nocleg i obwożenie po okolicznych atrakcjach. Był niesamowicie miły i uczynny. Chyba go odwiedzimy, bo do Malaki i tak planowaliśmy jechać, a stamtąd trasa do Singapuru wiedzie właśnie przez Batu Pahat, gdzie mieszka Tej. Z przystani w Georgetown pojechaliśmy miejskim klimatyzowanym autobusem (1.5 ringita) do pobliskiego Air Itam, gdzie mieliśmy już zawczasu zaklepane spanie u kobiety z HospitalityClub. Air Itam to niby odrębne miasto, ale dla mnie wygląda to bardziej jak dzielnica Georgetown. Po drodze cały czas są zabudowania, a i odległość jest niewielka. Dojazd tam zajął nam niespełna 20 minut. Nasze lokum okazało się być dwupokojowym mieszkaniem w blokowisku. Cirilla, jego właścicielka, mieszka gdzieś nieopodal w domu wraz z rodziną, a gości z HospitalityClub umieszcza tutaj. Oprócz nas w mieszkaniu mieszka jeszcze Livi, czyli jej kuzyn, który pracuje w Georgetown. Ciprilla i Livi pochodzą z Filipin. Ciprilla emigrowała do Malezji już jakiś czas temu i ma tutaj męża i dzieci. Livi przyjechał do pracy rodzinę pozostawiając w Manilii. Pracuje w filipińskiej firmie zajmującej się przesyłaniem paczek i pieniędzy do Filipin. Ciprilla dała nam klucze do mieszkania i przepraszając za brak czasu poszła do domu. Za trzy dni leci do Manili, więc jest bardzo zajęta. Jest to jej pierwsza od 6 lat wizyta, a ponieważ ma sporą rodzinę biega po sklepach i kupuje prezenty. Powiedziała, że możemy zostać tak długo, jak nam się podoba i czuć się jak u siebie w domu. Zostaliśmy sami ciekawie rozglądając się po mieszkaniu, w którym są trzy pokoje, kuchnia i łazienka. W kuchni nie ma lodówki i kuchenki, wiec z gotowania nici. Jest za to pralka. Mamy do dyspozycji swój pokój. W drugim mieszka Livi, ale rzadko bywa w domu. Do pracy wychodzi rano, a wraca późno w nocy. Dodatkowo często jeździ na kilka dni do Kuala Lumpur. Lepiej nam się trafić nie mogło – chyba trochę tutaj pomieszkamy, zwłaszcza, że Malezja wydaje nam się mało ciekawa i nie mamy większych planów na jej zwiedzanie, a musimy „zabić” tutaj ze trzy tygodnie, ze względu na pogodę w Indonezji. Tam wciąż jeszcze trwa monsun.. Livi pojawił się w domu późnym wieczorem i okazał się być bardzo miłym gościem. Przełamaliśmy przysłowiowe pierwsze lody przy pomocy połowy jednej z butelek, które przywieźliśmy. Livi jest, jak większość Filipińczyków, katolikiem, więc za kołnierz nie wylewa. Rozmawialiśmy głównie o jego kraju rodzinnym. Mamy już zaproszenie do Manilli, żeby go odwiedzić, kiedy będzie tam na wakacje, czyli w czerwcu. Kto wie, może skorzystamy. 5 - 8 Marca 2007Bangkok właściwie wcale się Bangkokiem nie nazywa. Pełna nazwa tego miasta w oryginale brzmi: „Krungthep Mahanakhon Amonrattanakosin Mahintharayutthaya Mahadilokphop Noppharatratchathani Burirom-udomratchaniwet Mahasathan Amonphiman Awatansathit Sakkathattiya Witsanu Kamprasit”. W tłumaczeniu oznacza to mniej więcej: „miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu”. Tą najdłuższą geograficzną nazwę na świecie nadał miastu w dniu swojej koronacji w 1782 roku król Rama I. Choć nie można jej odmówić oryginalności, praktyczne używanie raczej możliwe nie jest. Tajowie ograniczają się więc do pierwszego jej członu, Khrung Thep. Obcokrajowcy natomiast z niewiadomych powodów przyjęli nazwę pochodzącą od pobliskiej nadrzecznej wioski zwanej Bang Makok. Z techniczego punktu widzenia nazwa ta odnosi się tylko do starej nadrzecznej części miasta, zwanej teraz Thonburi, ale cudzoziemcy wciąż używają jej na określenie całego miasta. W Bangkoku, albo jeśli ktoś woli Khrung Thep, nie było kiedyś prawie w ogóle ulic. Ich funkcję pełniły liczne kanały. Swego czasu miasto to znane było w świecie jako Wenecja Wschodu. W drugiej połowie XX wieku na skutek bardzo dynamicznego rozwoju miasta zaczęto zasypywać kanały tworząc w ich miejsce szerokie arterie komunikacyjne. Miasto zmieniło diametralnie swój charakter, chociaż do dzisiaj transport rzeczny jest jednym z szybszych sposobów przemieszczanie się po metropolii. Odbywa on się teraz jednak głównie na rzece Chao Praya, która przepływa przez miasto i nielicznych pozostających w użyciu kanałach. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od wizyty w polskiej ambasadzie. Kończą nam się powoli wolne strony w paszportach i wkrótce nie będzie już miejsca na nowe wizy i pieczątki wjazdowe. Te starsze polskie paszporty, jakie mamy nie mają po prostu wystarczającej ilości stron na objechanie świata dokoła. W ambasadzie nic nie wskóraliśmy, bo była zamknięta. Znajduje się ona na którymś tam piętrze w sporym biurowcu. Na drzwiach wisiała kartka informująca, że w poniedziałek ambasada będzie zamknięta, bo jest to w Polsce święto i dzień wolny od pracy. Tylko, że my pojawiliśmy się tam w piątek. Po kilku minutach gorączkowego dzwonienia usiedliśmy zrezygnowani w klimatyzowanym korytarzu zastanawiając się, co zrobić z resztą dnia. Po chwili usłyszeliśmy głos z interkomu: „Długo Państwo czekacie?”. Okazało się, że to ochroniarz z ambasady mówi do nas przez interkom. Na nasze pytanie, dlaczego ambasada jest zamknięta odpowiedział, że „oni to już powariowali tutaj, i nawet buddyjskie święta obchodzą”. Potem wdał się w rozmowę z nami – wciąż przez interkom, i opowiedział jak to leniwie upływa życie pana konsula i reszty ekipy z ambasady. W pewnym momencie z nadzieją w głosie zaczął się dopytywać, czy mamy może jakiś pilny interes, bo jeżeli tak to on „z przyjemnością zakłóci im spokój”. Potem w ramach podsumowania powiedział mi, że „chciałby pan mieć taką pracę za takie pieniądze”. Zabawne to było w sumie. Informacji na temat paszportów zasięgnęliśmy następnego dnia przez telefon. Okazuje się, że możemy dostać tymczasowe, ale ważne na rok. Efektywnie oznacza to w Azji, że dobre na pół roku, bo żaden kraj nie wystawi wizy na paszport ważny krócej niż 6 miesięcy. Potem można podobno dostać kolejny taki paszport tymczasowy, ale tym razem jest to już całkowicie w gestii konsula i uzależnione jest od jego interpretacji niejasnych w tym przypadku przepisów. Dlaczego przepisy są niejasne, i czy tak trudno by było je uściślić, miła pani z która rozmawiałem powiedzieć już nie umiała. Opłata za paszport tymczasowy wynosi 46 USD. Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka) Wzorem naszych dyplomatów postanowiliśmy też poświętować z Buddystami. Pojechaliśmy do Chinatown, gdzie kręcąc się po bazarach i gubiąc w przeróżnych uliczkach dotarliśmy do świątyni Wat Mangkon Kamalawat. Jest to chyba największa świątynia chińskich buddystów w Bangkoku. Faktycznie akurat trwały tam obchody jakiegoś święta, ale nikt nie potrafił nam wytłumaczyć jakiego. Wewnątrz było mnóstwo ludzi. Każdy z nich przynosił ofiary, czyli różnego rodzaju jedzenie, głównie owoce, i obowiązkowo butelkę oleju roślinnego. Składano je na ołtarzach przed posążkami bóstw – różnych wcieleń Buddy. Zapalano również kadzidełka ofiarne. Było ich tak wiele, że całą świątynię wypełniał aromatyczny, ale jednak gryzący w oczy dym. Częścią rytuału modlitewnego jest wróżenie. Ludzie modlili się trzymając w rękach naczynia wypełnione bambusowymi patyczkami, na których wypisane były wróżby. Pod koniec modlitwy potrząsali nimi na tyle energicznie, że jeden z patyczków wypadał. W labiryncie pomieszczeń świątynnych siedzieli mnisi, którzy interpretowali owe przepowiednie. Celebracja zaczynała się już przed wejściem do świątyni, gdzie na placu porozmieszczali swoje kramy sprzedawcy owoców ofiarnych, kadzidełek innych religijnych parafernaliów. Tam również płonęły znicze w formie kadzidełek i dymiło się nieźle. Wat Mangkon Kamalawat (fot.Agnieszka) Reszty naszych przygód w Bangkoku nie opiszę już raczej, bo znowu nie pisałem na bieżąco. Odtwarzanie z przeszłości jakoś mi nie idzie. Powtórzę tylko, że Bangkok to super miasto i warto jest mu poświęcić kilka dni, a zdecydowanie trzeba wyrwać się z turystycznego getta, jakim jest Khao San i okolice. 4 Marca 2007Bardzo wcześnie, jeszcze przed świtem, stanęliśmy na drodze. Planowaliśmy dostać się jeszcze tego samego dnia do Bangkoku. Do przebycia było ponad 800km. Najpierw kilkoma samochodami dotarliśmy do Lampang. Tutaj autostopowi bogowie się do nas szeroko uśmiechnęli. Samochód zatrzymał nas. Mijaliśmy akurat stację benzynową idą w kierunku wylotówki, kiedy spostrzegliśmy młodego mężczyznę machającego do nas z pickupa. Okazało się, że widział on jak usiłujemy idąc coś zatrzymać, i postanowił nas zabrać. Jechał do prosto Bangkoku! Następne 6 godzin spędziliśmy komfortowo rozłożeni na pace samochodu, drzemiąc i chowając się przed niezbyt tego dnia ostrym słońcem. O większym szczęściu nie mogliśmy nawet marzyć. Wysiedliśmy w centrum Bangkoku, skąd najpierw metrem, a potem SkyTrainem dotarliśmy do naszego lokum. Tym razem znaleźliśmy mieszkanie u Paula, również przez HospitalityClub. Adres okazał się być pierwszorzędny – Soi Nana, boczna Sukhumvit, bardzo blisko centrum. Jest to okolica, gdzie znajduje się trochę hoteli o standardzie sporo wyższym niż te w okolicach Khao San Road. W większości jednak mieszkający tutaj biali przebywają w Tajlandii znacznie dłużej i wynajmują mieszkania w okolicznych apartamentowcach. Paul mieszkał właśnie w takim wypasionym budynku funkcjonującym częściowi jako hotel, z apartamentami do wynajęcia na kilka dni, lub długoterminowo. Miło zaskoczył nas wysoki standard budynku. Centralna klimatyzacja to dar od niebios w dusznym i wilgotnym marcowym Bangkoku. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy basen znajdujący się na ósmym piętrze z niezłymi widokami na miasto, siłownie, saunę, korty do badmintona, i bezprzewodowy internet. Nieźle, jak na budget travelling :) Paul jest typową postacią, jaką można spotkać w Bangkoku. W młodości był żołnierzem w brytyjskiej marynarce wojennej. W wieku 50 lat przeszedł na emeryturę i po okresie podróżowania po świecie i mieszkania w różnych jego zakątkach osiadł w Tajlandii, gdzie żyje z wojskowej emerytury i prowadzi drobne interesy. Mieszka w Bangkoku wraz z młodszą od niego o 20 lat Tajką, którą poznał przebywając w jakiejś wiosce nieopodal Bangkoku. Nie mówiła on w ogóle po angielsku, ale jakoś udało im się nawiązać kontakt przez wspólną znajomą. Po pewnym czasie Lek, bo tak ma ona na imię, przeprowadziła się do jego apartamentu w Bangkoku, gdzie mieszkają razem już od prawie roku. Paul pomaga jej w utrzymaniu trójki dzieci z poprzedniego jej małżeństwa z Tajem, aczkolwiek nie mieszkają z jej dziećmi. Dwoje z nich wychowuje się u babci, a jedno jest pod opieka ojca. W międzyczasie Lek nauczyła się mówić nieco po angielsku, głównie dzięki codziennemu obcowaniu z Paulem, a także na kursach językowych, na które on ją wysyła. Paul żartował, że nauczyła się już tyle, że więcej nie potrzeba. Układ taki jest bardzo w Tajlandii popularny, aczkolwiek Paul nie jest chyba do końca typowym przedstawicielem białych mężczyzn żyjących w Tajlandii. Jest bardzo świadom tego, jaki jest stan rzeczy w jego związku. Nie jest to do końca, tak przejrzyste, jak na pierwszy rzut oka może się wydawać. Pomiędzy nimi istnieje chyba miłość, choć na pewno dla Lek jest to trudny związek. Nie chciałbym tego pochopnie jednak oceniać, ale wydaje mi się, że musi być jej być trochę z tym ciężko. Jest pewnie cały czas świadoma, że w każdej chwili może się to rozpaść, a ona wtedy pozostanie na przysłowiowym lodzie. Taki los jest i tak o wiele lepszy od położenia wielu młodych kobiet przybywających do Bangkoku, Pattayi i Phuket głównie z biednych regionów północno-wschodniej Tajlandii. Często zaczynają one pracować jako sprzątaczki, ale jeszcze częściej kończą jak prostytutki. W Tajlandii rolą najstarszej córki jest utrzymywanie rodziny. Mężczyźni pozbawieni są tego obowiązku. Ich życie jest znacznie łatwiejsze. Wszelkie pieniądze, jakie ma rodzina przeznaczane są na wykształcenie i zapewnienie jak najlepszego startu męskim potomkom. Żyją oni beztrosko, spędzając wolny czas na rozrywkach, piciu alkoholu i zabawach. Dziewczęta traktowane są po macoszemu. Niewiele z nich kończy więcej niż 6 klas szkoły podstawowej. Potem oczekuje się od nich zarabiania pieniędzy. Pieniądze są najważniejszą rzeczą w biednych wioskach na północy kraju. Wyznaczają one status rodziny w wiosce. Kiedy młoda kobieta jedzie do Bangkoku i zaczyna się prostytuować, aby je zarobić nie stanowi to dla rodziny problemu, o ile wysyła do domu dużo pieniędzy. Jeśli zarabia niewiele, wtedy jest napiętnowana jako kobieta lekkich obyczajów, ladacznica. Ale jeśli wysyła do domu wystarczająco duże sumy, aby widocznie poprawić poziom życia jej rodziny, nikt się jej nie pyta o źródło dochodów. :: Next Page >> |
|